Nigdy, nigdy nie mogłem znieść ziewania, szczególnie ziewania policjantów. To silniejsze ode mnie; jeżeli na jakimś rogu widzę ziewającego stróża porządku publicznego, zbliżam się do niego i leję go w mordę. Kosztowało mnie to już trzy, trzy złamane żebra i piętnaście miesięcy mamra, nie licząc już kopniaków i szturchańców. Ale nie jestem w stanie zapobiec temu, jedyną możliwością uniknięcia tylu nieszczęść jest natykanie się na policjantów, co kochają swoją pracę i wykazują bardzo żywe zainteresowanie ruchem ulicznym. Jeszcze gorzej jest z księżmi, jak złapię duchownego na ziewaniu, moje oburzenie przechodzi wszelkie granice.